Kiedy czuje się zbyt pewnie, nagle okazuje się, że te Dwie Osoby, na które się najbardziej liczyło, są potwornie daleko i na dobrą sprawę nie są właściwie już tymi Dwoma Osobami.
To chyba boli najbardziej na świecie. Miesza mi się w głowie potwornie.
Myślę sobie dziś, że za półtora miesiąca skończy się jakiś etap, mimo że formalny, ale jednak. Dziwnie mi z tym. Chciałabym ten czas przeżyć jak najpełniej. Robić masę głupich rzeczy, których żałuje się tylko chwilę po, bo potem to jest takie śmieszne, że przecież nikt nie pomyśli, że niewarto było. Czuję jak czas biegnie. Patrz w przód, patrz w przód, tylko w przód. Nie będę robić żadnych głupich podsumowań tym razem, bo co to za granica w ogóle jest. Za to myślę sobie, że...
W tym roku trafiłam na dobry tor, autostradę, która prowadzi już do Szczęścia.
Jakoś tak rozbestwiliśmy się ostatnio z żałobami narodowymi, hm? Nie szukaj w powyższym pytaniu {retorycznym - patrząc nań z przodu} mego zdania na ten temat.
Ej, Ty wiesz, że zimno mi w ręce i nos? Zresztą stopy też, bose dreptają przecież po kaflach podłogowych, tych brązowych. A co ten Śnieg już tu robi? Ja nie rozumiem, nie widzi on, że Jesień jeszcze mnie nie zaspokoiła? Niech poczeka, no. Nie mam czasu szukać rękawiczek przecież, cholera. Zresztą, Zima jakaś taka zaborcza się robi, następna zazdrosna, nie? Te kobityyy.
Ostatnio, będąc w szkole, przeczytałam w gazecie Miłujcie się bardzo ciekawe porady życiowe. Moje wnioski podsumówujące: 1) Unikać muzułmanów, bo oni biją swoje żony, robią im krzywdę i grożą odebraniem dzieci. 2) Jeśli się już zakochać w muzłumaninie {choć nie tylko} to pamiętać, że miłość i pożądanie to n i e to samo. 3) W razie gdyby muzułmanin okazał się kobietą, nie bać się, gdyż zawsze istnieje opcja, o której mówi artykuł opatrzony tytułem "Jezus uzdrowił mnie z homoseksualizmu". Mimo że przeżywam czasowy kryzys, dam radę. Niewiele rzeczy już rusza mnie na tyle, by się poddać. Wynalazłam sposób:
zdystansować się - przeczekać - a w tym czasie pozałatwiać wszystko, co się da, jak najlepiej. No to czekam. Zegarek cyka, a życie to sinusoida, więc za chwilę będzie lepiej. Szyderczo się zaśmieję.
Jak się dostaje smsa od Kogoś Bliskiego Kto Mimo Wszystko Rzadko Się Odzywa {Ale Zawsze Ma Się Świadomość, Że Jest} o treści ':*', a na pytanie skąd jak i dlaczego otrzymuje się prostotą ujmującą odpowiedź 'bo jesteś kochana', to jakoś na serduchu się ciepławo tak robi. Potem Mama kupuje trzy razy droższe chusteczki, żeby tylko te pachnące z Kubusiem Puchatkiem, a do tego wszystkiego śmieje się z opowieści o pijanym Koledze, więc jakoś w ogóle tak uśmiechawiej. Dużo ostatnio płaczę. Bo faceci to chuje chuje chuje. Brzydale fe i be. M. kochany pociesza, że pierwszy był totalnie beznadziejny, aktualny jest tylko trochę beznadziejny, następny będzie jedynie troszeczkę, a kolejny już całkiem taki jaki powinien być. Bo ja naprawdę nie wiem, co bym bez M. zrobiła. To mądry Facet. Mówi też, że po dwóch tygodniach - więc już za nieco ponad dwanaście dni - będzie o czterdzieści % lżej. Wierzę Mu. Jestem naiwna i głupia, ale myślę sobie, że było warto nawet te wszystkie łzy wylewać dla tych paru - jak marzę: prawdziwych - chwil.
Zawiodłam się, bo na wewnętrznej stronie etykiety z białegokubusiatrzydzieścitrzyprocentygratis miałam znów ten sam rysunek. Se piszę ostatnio jakoś tak bardziej przyszłościowo. Układam Życie i stabilizuję, bo próbowało się znów pieprzyć z kimś na boku. Silną rękę na takie to trzeba jednak mieć. Wszyscy się puszczają, jak nie Ono to Wena {moja kochanko, gdzieś polazła, kurwo} i tak w kółko, każdy z każdym, wszyscy ze wszystkimi. Orgia.
Marzysz mi się chodząc po myślach dalej lub bliżej, bez znaczenia. Drepczę snując się za Tobą, bo ciężko mi się uwolnić, choć wciąż jesteś tak daleko i niefizycznie. Odległość od mojego serca do Twoich kroków jest wciąż ta sama, więc wydeptujesz w nim ślady bardzo skutecznie. Znam wszystko, co powiedziałeś, bardzo dobrze na pamięć. Mogę recytować Cię od tyłu i wspak, i wszelkie interpretacje podać. To niezdrowe. Nie dawaj mi Nadziei. Wiem co powinnam. To mogłoby wyglądać inaczej. Chciałabym cieszyć się tym, co już tylko nasze, a nie wyciągać rączek po więcej i więcej, bo chcę chcę chcę, bo pragnę. Śpię z namiastkami Twoich zapachów i ciepła, gdzieś ukradzionego. Schowałam je głęboko na te chwile takie jak ta. Tęsknię do Ciebie ustami.
Ktoś mi daje kopa w tyłek i mówi ty zamiast przejść przez ulicę to: myślisz czy by nie było fajnie jakby tu były światła albo chociaż pasy, później do czego służą pasy, ile pasów mają przeciętne pasy, ile metrów ma ulica... a tu trzeba przejść albo nie, więc przejdź przez ulicę odważnie, pewnie idź przed siebie i na Boga nie myśl o tych wszystkich pierdołach *. Szepczę, że przecież wiem, że niektórzy nie zastają po drugiej stronie ulicy tego, czego oczekiwali. Albo się okazało, że przy przechodzeniu się poślizgnęli. Albo zepsuło się coś po drodze. I co teraz co teraz co teraz.
Zmieniają mi twarz. Wyglądam tymczasowo jak wampir, ewentualnie jakby mi spaghetti z zębów spływało, tylko tak jakoś równo po obu stronach. Jakoś niby wszystko okay, ale ciężko się ogarnąć. Zabierz mnie stąd, ukradnij. Pusto i samotnie mi tu. Myję zęby zamiast trzech minut pięć, przecież mam wakacje. Przestałam do wanny brać książki, wolę zamknąć oczy i wąchać. Ten czas tak cholernie rozleniwia, że się nic-nie-chce, mimo że wyrzuty sumienia tupią i drą się w niebogłosy, przeraźliwie. Nawet do wyjścia z domu się mocno przekonuję, a o wyjazdach, choćby się chciało, jakoś ciężko słuchać. Bo przecież wszyscy se pojechali, więc po co ja tam. Tak naprawdę to ostatnio bardzo monotematycznam (broń B-że: matematyczna), ale nie powiem, nie powiem, nie powiem. Nic mądrego na myśli to ja nie mam. Bzdurotok.
Zlizywanie czekolady z przełamanych na pół hitów albo wielkiej plastikowej łyżki. Ja wiem, że Wy wiecie, że leciały mi po cichu łzy. Ja wiem, że przytulaliście i wiedzieliście, ale powiedzieć nie trzeba tego było, bo po co. Te gwiazdy są nasze i tylko nasze. Znów pod nimi noce, wtulone w siebie ciemnością, by nie zmarznąć. I zapach zboża. Wybaczcie moje krzyki, że boję się bagna i rozpaczliwe przyczepianie się do rękawów. Jak prosiłam o to, żebym mogła iść legalnie z Wami nad jezioro tamtej nocy, ta osoba się zgodziła bez wahania chyba. Ja zapytałam, czy świadoma, co robi. A on na to, że wie - będziemy się całować, przytulać i kochać. Głupi.
Powiedziałam z dumnie podniesioną głową: my tak zawsze. Tęsknię za Wami całą sobą. Już wiem, co znaczy czekać cały rok na coś tak niesamowitego, aż nie do opisania. {To dziwne, słowa mogą tak wiele wiele, aż prawie wszystko.} Pamiętam Was po zapachu. Wszystkich razem i każdego indywidualnie. Wiem, jak dotykacie, przytulacie, łapiecie za dłoń. Zostawiliście smaki Swoich ust na mojej twarzy. Nie zetrę ich przecież. Odbijacie się w moich oczach. Tylko dlatego patrzę w lustro.
Let me see you Atombum!
What did you say?
I say: let me see you Atombum!
What did you say?
I say: I looovee youuu*, I looovee you*, I loove you* and one more time!
I loovee you*, I loooooovee you*, I looove you*!
Na pianinie zasychają mi chabry, zaczynam pachnieć lawendą. Zbyt gorąco, by myśleć. Staję się nocnym stworzeniem, lubię chłód. Mam ochotę na czyjeś usta, duże i pełne. Mama krzyczy, że będę sprzątać ulicę, więc zamykam drzwi i podgłaśniam muzykę. Nie lubię głośnej muzyki. Już prawie jadę stąd, już mnie tu prawie nie ma, a jednak jeszcze daleko mi do tego. Chyba w czwartek zdam sobie z tego sprawę. Każda ucieczka z tego miasta wydaje mi się głębszym oddechem.
Jestem pierdolonym lenioholikiem. Grunt to obawa, że nie zdąży się zrobić wszystkiego, która powoduje, że nie robi się nic. Przykra jesteś, tak - Ty, mała Aniu.
Powyżej wspomniana
ps: Zastanawiam się czy to faktycznie strach przed nie wypełnieniem obowiązku czy wmawianie sobie, niezgodne z prawdą, że nie da rady czegoś zrobić. Uwielbiam się, brawa proszę.
Wypłakuję dziś siebie. Nie umiem sobie wyobrazić, jak to będzie, Kochana. Już tęsknię, choć jeszcze mam Cię blisko. Czuję się przecież tak cholernie źle, że aż kłamię, szepcząc 'nienawidzę Cię'. Ale Ty wiesz, że to nieprawda. Pamiętam każdy Twój szept i ruch, każdy gest, mimikę, ton głosu, wypowiedziane słowa i to, czego wcale nie musiałaś mówić. Mam Cię pod powiekami i gdzieś w okolicy klatki piersiowej, skąd nigdy nie znikniesz. Im więcej łez, tymś bliżej mych myśli, a dalej od ciała. Śmiej się do mnie, Słoneczko. Tęsknię do Ciebie tak mocno, choć to dopiero dziś, a jeszcze nie jutro, kiedy nie wiem, co będzie. Nie żegnaj się ze mną, proszę. Brakuje mi Twego ciepła jak żadnego innego. Jesteś Jedyna. Nie tłumacz mi, że jesteś.
Już nie wiem, co z naszym Domkiem na Drzewie.
Chciałabym znać dobrze angielski, hiszpański, niemiecki i łacinę. Chciałabym być oczytana i znać politykę. Chciałabym studiować polonistykę, teatrologię, historię sztuki lub kulturoznastwo, jeszcze nie wiem. Chciałabym pisać do dobrych gazet i pracować dla żydów. Chciałabym mieć swój sklep taki specjalny-nie-powiem-jaki, albo knajpkę. Chciałabym mieć mieszkanie w dużym mieście, autko i laptopa. Chciałabym podróżować. Chciałabym mieć ukończone kursy wizażu i komputerowy. Chciałabym mieć dużo znajomych do imprezowania i jednego jedynego Przyjaciela. Chciałabym z kimś być. Ale to wszystko nieważne. Naprawdę chciałabym być tylko szczęśliwa.
Ostatnio bardzo płakałam. Tylko już nie pamiętam nad czym, ale to dlatego, że to było naprawdę ważne. Aż tak ważne, że nie chce się o tym pamiętać. Podświadomość robi swoje. Dziś też płakałam, ale z niezrozumienia. Już mi przeszło, choć zbierało się od piątku. Wylałam z siebie to i tyle. Jestem naprawdę dumna z kolczyka pod wargą, choć dziś nie było miło. Zresztą wydaje mi się, że o naturalności posiadania go świadczy to, że nie rozumiem, czemu ludzie na ulicy tak bardzo patrzą na mnie, dopiero po chwili sobie przypominam i wypycham go delikatnie, choć prowokacyjnie, językiem, nie spuszczając wzroku z osobnika, który wlepia we mnie swe ślepia. Bez sensu to wszystko.